sobota, 31 stycznia 2026

Podsumowanie stycznia

Wraz z rozpoczęciem Nowego Roku wręcz "rzuciłam się" na zupełnie nowe tytuły. Ostatecznie, w styczniu przeczytałam dziewięć książek, gdzie zdecydowanie prym wiodły romanse i literatura obyczajowa. 

Miesiąc rozpoczęła,m od ukończenia książki "Ślub w Neapolu" autorstwa Sharon Kendrick. Jest to harlequinowe romansidło, który - jak na to, iż jest to krótka książka - "męczyłam" dwa tygodnie. I to dużo, jak na fakt, że nie była to kompletnie beznadziejna lektura. Niestety, dobra też nie była.

Kolejnym tytułem, który ukończyłam początkiem stycznia, było romansidło Michelle Smart, zatytułowane "Miłość, która stopi każdy lód". Tutaj, harlequin ten był równie kiepski, jak ten poprzedni tytuł, choć w miarę znośny. Może nawet bardziej, jeśli brać pod uwagę fakt, iż skończyłam tą książkę w  kilka dni.

"Kochanki Konstancina" Eweliny Ślotały, to książka, która okazała się bardzo wciągającą lekturą. Przeczytałam ją błyskawicznie i z wielkim zainteresowanie, a sama książka, będąca drugim tomem pięciotomowego cyklu, niewątpliwie jest lepsza nawet niż pierwszy tom - "Żony Konstancina". Jednocześnie, moje zainteresowanie tym cyklem zwiększyło się. Z pewnością sięgnę po kolejne tomy cyklu.

W połowie miesiąca przeczytałam kolejne dwa romanse: książkę "Pierwsza taka noc" Fiony Brand oraz "Aktorka i arystokrata" autorstwa Michelle Conder. Obie były mało odkrywczymi czytadłami z kiepską fabułą. Nie warto po nie sięgać.

"Kiedy żurawie odlatują na południe" szwedzkiej Autorki Lisy Ridzén to moje pierwsze odkrycie w tym roku. Książka urzekająca niespieszną fabułą, która opowiada parę miesięcy z życia pewnego starszego człowieka. Jego żona od dłuższego czasu przebywa w domu opieki, ona sam wymaga pomocy przy codziennych czynnościach. Jego jedynym towarzyszem jest pies. Jednak pewnego dnia starszy człowiek dowiaduje się, że jego syn postanowił odebrać mu ukochanego pupila, gdyż zauważył,, że ojciec już nie może wychodzić z nim na spacer. Książka ta, poza wspomnieniami starszego mężczyzny, jest opowieścią o miłości, przyjaźni, tęsknocie i przebaczeniu. Wartościowy tytuł, który jak najbardziej polecam.

W drugim tygodniu stycznia skończyłam kolejny nieciekawy, irytujący harlequin o perypetiach bogaczy - czyli "Tak wiele nas łączy" Pippy Roscoe. Książka okazała się być jeszcze słabszą od pozostałych sześciu, romansów, które przeczytałam w tym miesiącu.

Na kilka dni przed końcem miesiąca skończyłam bardzo średni romans autorstwa Lynne Graham, czyli "Żona dla milionera". Niby kolejna romantyczna bajka, choć mocno nasycona toksycznymi zachowaniami głównego bohatera, które - o dziwo - ciągle są mu wybaczane. Fabuła, która mogłaby nie mieć miejsca w realnym życiu.

Miesiąc zakończyłam moją TBRową książką, czyli "Swift and Saddled", której Autorką jest Layla Sage. Romans, który mnie pozytywnie zaskoczył, tym bardziej, iż w zeszłym roku czytałam pierwszy tom - "Done and Dusted", który bardzo mnie rozczarował. Dlatego byłam sceptycznie nastawiona do tej kontynuacji. Jak się okazuje, moje obawy były bezpodstawne. Przyjemnie spędziłam czas z tą książką. Możliwe, że dam szansę Autorce i gdy następne tomy cyklu zostaną wydane w Posce, to znów zawitam na ranczo Rebel Blue.

Ponadto wciąż kontynuuję książki, które czytałam jeszcze w zeszłym roku. W lutym zabieram się za nowe tytuły, w tym także za kolejną książkę z TBR-u na to półrocze 

 

W styczniu tytułem miesiąca jest "Kiedy żurawie odlatują na południe"

 

Styczeń w liczbach 

Przeczytanych książek: 9

Łączna liczba stron czytanych książek: 1894 
Literatura obyczajowa/Romans - 8
Literatura piękna - 1



Swift and Saddled

CYKL: "REBEL BLUE RANCH" (TOM 2)

 

Po kiepskiej pierwszej części cyklu "Done and Dusted", postanowiłam dać szansę jej kontynacji. Zachęciły mnie do tego zaskakująco dobre opinie, które wskazywały na to, iż jest ona lepsza od pierwszego tomu. Zaintrygowało mnie to, gdyż rzadko zdarza się, aby kolejne części czegokolwiek - czy to książek, czy filmów - miały być lepsze od pierwszej części jakiegoś cyklu. Jakże więc miłą niespodzianką okazała się być książka "Swift and Saddled"...
 
W powieści Layli Sage, powracamy na dobrze znane nam ranczo Rebel Blue. Znów spotykamy Amosa Rydera i jego synów. Nie mogło oczywiście zabraknąć Luke'a Brooks;a i jego ukochanej Clementine, których historię miłosną mogliśmy śledzić w pierwszym tomie. Tym razem jednak, fabuła skupia się na Westonie Ryderze - bracie Clementine, Gus'a i Dusty'ego, który postanawia podjąć się renowacji rodzinnego Wielkego Domu, który nazwał Baby Blue. Do tego celu zatrudnia projektantkę, która ma mu pomóc w realizacji jego marzenia.
Tymczasem, do Diabelskiego Buta przyjeżdża tajemnicza nieznajoma - Ada Hart. Kobieta od kilku miesięcy korespondowała za pośrednictwem e-maili z pewnym ranczerem w sprawie wspólnego projektu. Przyjechała właśnie do Wyoming, aby udać się na ranczo Rebel Blue i "dopiąć wszystkie sprawy", żeby móc rozpocząć prace nad nowym wyzwaniem, kiedy w barze spotyka przystojnego kowboja. Między tą dwójką iskrzy od pierwszych chwil. Do tego stopnia, że sami nie wiedzą kiedy, nagle zaczynają się namiętnie całować. Ostateczne jednak, spłoszona Ada ucieka z Diabelskiego Buta, zostawiając w barze zdumionego kowboja. Następnego dnia kobieta przyjeżdża pod dom szefa i odkrywa szokującą prawdę...
Jak potoczą się losy mieszkańców Rebel Blue? Jak będą wyglądały przygody Ady w świecie otoczonym przez konie i kowbojów? Czy uda się zrealizować marzenie Westona Rydera? Po odpowiedzi na te oraz wiele innych pytań, odsyłam do lektury "Swift and Saddled".
 
Co oferuje nam ten romans? Poza wciągającą fabułą, z pewnością nie zabraknie zabawnych sytuacji i dialogów. Gdyby nie liczyć sytuacji z pierwszych rozdziałów, to można by nazwać tą książkę romansem z motywem slow-burn (czyli, coś, czego w poprzedniej części zabrakło, a co było szumnie - acz mocno na wyrost - zapowiadane na okładce). Widać więc, że tym razem Autorka "odrobiła zadanie domowe" i zamiast na wielokrotnie ostrych, wręcz anatomicznych opisach seksualnych uniesień, bardziej skupiła się na powolnym budowaniu relacji uczuciowej między bohaterami.
 
Wspomniane wcześniej zabawne fragmenty są tutaj mocnym atutem. Tworzą klimat fajnej, lekkiej książki, którą przyjemnie się czyta. Zainteresowanie czytelnika rośnie z każdą kolejną zabawną ripostą lub sytuacją, co sprawia, że aż chce się poznać dalsze losy bohaterów. Rozpływanie się głównej bohaterki nad wyglądem Westona może chwilami razić. Ja nie uważam, jakoby było to przesadzone - być może dlatego, że większość tych opisów była właśnie zabawna. Scena z pieczeniem zapiekanki - świetna (i pisze ro ktoś, kto nie przepada za opisami kulinarnymi w książkach). Ponadto, na plus przemyślenia głównych bohaterów - zwłaszcza Ady Hart. Jej wątpliwości, wewnętrzne zmagania się ze sobą, czynią tą historię nieco głębszą, niż taki tam sobie romans erotyczny.
 
A propos, jeśli chodzi o sceny erotyczne - występują, są dość śmiałe, niekiedy wulgarne. Mimo, iż erotyka jest tu dość ostra, to i tak nie wygląda to aż tak przesadnie, jak miało to miejsce między bohaterami pierwszej części, gdzie mieliśmy wręcz szczegółowo anatomiczne opisy łóżkowych poczynań. To samo tyczy się wulgaryzmów - występują, aczkolwiek nie w takim nadmiarze, jak było poprzednio. o jednak nie zmienia faktu, iż po "Swift and Saddled" nie powinna się gać młodzież, dlatego ostrzeżenie na okładce jest tutaj jak najbardziej zasadne.
 
Mimo, iż nie przepadam za romansami, a pierwszy tom tego cyklu uważam nadal za mocno średnią, to polecam "Swift and Saddled". Czyta się bardzo szybko i zainteresowaniem. Myślę, że jest to romans, w którym wiele czytelniczek znajdzie coś dla siebie: od zwyczajnej rozrywki, przez erotykę, po głębsze refleksje głównej bohaterki nad swoim życiem. Ja się zaskakująco dobrze bawiłam podczas lektury tej książki.

Data przeczytania31-01-2026 (od: 23-01-2026)

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

6/10          3,5/5                      6/10                          3/5

piątek, 30 stycznia 2026

Żona dla milionera

CYKL: "MARIAGE BY COMMAND" (TOM 2)


Tematem tego romansu  z serii "Światowe Życie Extra" jest kolejna mariażowa bzdura. Niejaki 
Monty Blake chce dla swoich korzyści ożenić córkę z greckim milionerem Sergiosem Demonidesem, tym bardziej, iż dowiedział się o problemach Demonidesa, który właśnie zmaga się z nagłym problemem wychowania trójki dzieci. Jednocześnie, Monty szantażuje swoją córkę i wymusza na niej małżeństwo z Sergiosem: jeśli Beatriz nie spełni jego wymagań, to zarówno ona, jak i jej niepełnosprawna matka, będą miały problemy finansowe. Beatriz zgadza się i przychodzi do Sergiosa z propozycją małżeństwa...
Jak na propozycję zareaguje Sergios? Czy Beatriz będzie idealną kandydatką na matkę? Co wyjdzie z tej znajomości? Tego należy już dowiedzieć się z lektury książki Lynne Graham.
 
To romansidło już od pierwszych stron pokazuje jak wielką, toksyczną bzdurą będzie fabuła tej książki. Ona jest gotowa zostać nianią obcych dzieci, bo jest szantażowana  przez własnego ojca, żeby wyszła za mąż za obcego mężczyznę. W innym przypadku, zarówno ona, jak i jej niepełnosprawna matka będą miały kłopoty finansowe Nie pasuje jej to, ale "idzie w ten temat" - no bo niby czemu nie? Wszak ona naprawdę NIE MA innego wyjścia... Totalny absurd.
Z kolei on, początkowo zdziwiony propozycją, z czasem wije dla nich gniazdko gdzieś w Grecji, mimo, że doskonale wie, że wyjazd Beatriz do jego greckiej rezydencji wiąże się z koniecznością wyprowadzenia się od matki, której ona pomaga w codziennym życiu - ale musi wyjechać, "bo tak, i już!" [czytaj: bo Pan i władca tak sobie wymyślił]. Co więcej, Beatriz sama nazwa go bezwzględnym manipulatorem, więc doskonale widzi jego wady, a i tak wciąż brnie  tą znajomość.
 
W romansie tym, mamy motyw enemies to lovers, co możemy obserwować przez większość książki. Plus, ze względu na niektóre potyczki słowne między głównymi bohaterami, aczkolwiek chwilami te ciągłe sprzeczki i wzajemne denerwowania się głównej pary zaczynały męczyć czytelnika.
 
Książka ujdzie w tłumie, głównie ze względu na te parę ciętych ripost Beatriz, które karzą mi wierzyć, że mimo swojego miłosnego zaślepienia, miała ona resztki zdrowego rozsądku. Niezrozumiałym jest dla mnie jednak to, że w tych książkach potrafi być nagromadzone tak dużo toksycznych zachowań, które w tak szybki i łatwy sposób zostają wybaczone...

Data przeczytania30-01-2026 (od: 23-01-2026)

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

4/10          2/5                         4/10                          2/5

piątek, 23 stycznia 2026

Tak wiele nas łączy

W kolejnym romansie z serii "Światowe Życie", wydarzenia mają miejsce w Hiszpanii. Poznajemy 
Nathaniala Harcourt'a który dwa lata temu spędził noc z Gabriellą Casas. Mężczyzna nie wiedział jednak, że piękna nieznajoma została przysłana do niego przez matkę Gabriellę - Renatę Casas. Renata kazała córce uwieść Nathaniala, ostatecznie doprowadzając do oszustwa. Po dwóch latach, wszyscy troje spotykają się na sali sądowej. Nathanial jest przekonany, że Gabriella działała wyłącznie na polecenie matki. Chce się się odegrać na Gabrielle. Jakież jest jego zdziwienie, kiedy odkrywa, że Gabriella nie tylko zeznaje przeciwko swojej matce, ale też jest... matką niemal dwuletnich bliźniaków, zresztą uderzająco podobnych do niego...
Jak potoczą się losy Nathaniala i Gabrielelli? Czy Nate będzie brał czynny udział w wychowywaniu dzieci? Jak na tą znajomość zareaguje Renata Casas? Odpowiedzi na te i inne pytania należy szukać w książce Pippy Roscoe.
 
Jaki jest ten romans? Ma chaotyczny i mało interesujący początek, z motywem enemies to lovers, później historia się rozkręca, choć nie na długo. Kto liczy na opisy erotycznych uniesień, ten się zawiedzie. Sceny miłosne kończą się na pójściu do łózka, po czym zaczyna się nowy dzień, pełen rodzinnych wrażeń. Jeśli przymknąć oko na ciągłe sceny z życia codziennego matki i dziecka oraz durne, momentami bezsensowne dialogi, to może czytałoby się lepiej. Niestety, mamy tu opisy przebierania dziecięcych pieluch, zachwytów ojca nad jego cudownymi pociechami, obietnice ochrony rodziny za wszelką cenę. Fabuła kręci się wokół tego przez pierwsze pół książki.
 
Zresztą, jeśli właśnie wziąć pod uwagę tą fabułę, to... jest ona bzdurna i bardzo nierealna, choć nie jest to dziwne, wszak brak realizmu i głupota fabularna, to znak rozpoznawczy w tych książkach. Pół biedy, jeśli jest to zabawne i nie irytujące.
Trochę szkoda, bo po opisie wydawało się, że to będzie coś w stylu "Króla w obiektywie", gdzie ta fabuła była trochę mądrzejsza, wydarzenia działy się w miarę pomału i jakimś bardziej realnym rytmem. Tutaj kobieta nagle zgadza się na wszystko, byle tylko dać dom dzieciom... Do tego wszystkiego dochodzą problemy zdrowotne Nate'a, które są wsadzone do treści tylko po to, żeby pokręcić trochę wydarzeniami. Ech, rozumiem te harlequinowe bajki, ale żeby były trochę mądrzejsze...
 
Harlequinowe bajki to jedno, ale fabularne nieścisłości to drugie. Mam na myśli te cudowne osiemnastomiesięczne alfa i omegi - bliźnięta, które po tym, gdy matka przedstawia im ojca, mówią: "Tata, Fajnie!"... O ostatecznej ocenie zaważyła jednak scena, w której Nate pyta Gabriellę: "Czy Ana i Antonio wiedzą o Renacie?", a Gabriella z przekonaniem odpowiada, że "pojęcie takie, jak <<dziadkowie>> nigdy nie funkcjonowało w ich rodzinie"Naprawdę? To są małe niemowlęta, którym Gabriella zmienia brudne pieluchy! One mogą ewentualnie zaczynać mówić, a kojarzenie babci może u nich kończyć się na ewentualnym: "baba, baba", a nie na kojarzeniu jakichkolwiek pojęć...

Przyznam, że po połowie książki stwierdziłam, że ta bzdura mogła właściwie zakończyć się na osiemdziesiątej ósmej stronie. Autorka naprawdę nie musiała dalej w to brnąć.
 
Data przeczytania23-01-2026 (od: 20-01-2026)

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

3/10          1/5                         3/10                          1,5/5

sobota, 17 stycznia 2026

Kiedy żurawie odlatują na południe

Akcja książki "Kiedy żurawie odlatują na południe" dzieje się w Szwecji. Głównym bohaterem jest Bosse Andersson (w skrócie Bo) - staruszek, który korzysta z usług Pomocy Domowej - opiekunów, których zadaniem jest doglądanie starszych osób oraz pomaganie im w codziennym funkcjonowaniu. Poznajemy Bo w momencie, kiedy snuje przemyślenia na temat swojego syna Hansa, który twierdzi, że dla jego ojca najlepszym wyjściem byłoby odebranie mu jego psa - Sixtena. Głównym powodem tej decyzji jest fakt, iż mężczyzna nie może już wychodzić z nim na spacery, gdyż jest coraz słabszy i mógłby na przykład zasłabnąć albo przewrócić się podczas wędrówki z pupilem. Ukochana żona Bo - Frederica, cierpi na demencję i od od dłuższego czasu przebywa w ośrodku całodobowej opieki. Sixten jest więc dla Bo jedną z najwierniejszych i najbardziej bliskich mu istot, dlatego staruszek nie wyobraża sobie, że mógłby się rozstać ze swoim pupilem. Przy okazji tych rozważań, czytelnik ma okazję poznać pozostałe osoby z otoczenia Bo, a także jego przeszłość, która na kartach tej powieści przewija się w jego wspomnieniach.

"Kiedy żurawie odlatują na południe" to z pewnością nietuzinkowa książka. Bardzo refleksyjna opowieść o życiu, egzystencji, przemijaniu, a przede wszystkim o starości i relacjach międzyludzkich. To historia człowieka, który spogląda na swoją przeszłość z perspektywy starszej już osoby. Wspomina młodzieńcze lata, czasy gdy mieszkał z żoną i małym wówczas Hansem - a więc najlepsze lata swojego życia, kiedy był w pełni sił. Tamten czas zestawia z teraźniejszością, która nie jest już tak kolorowa. Chwile, które obecnie przeżywa są dla niego trudnym czasem. Bosse jest coraz bardziej zniedołężniały i zależny od innych osób. Najprostsze czynności jego codziennej egzystencji, urastają do problemów wysokiej rangi. Do tego dochodzi wstyd i zażenowanie sytuacjami, które mu się przytrafiają, a które niegdyś nie sprawiały mu żadnych trudności. Żeby tego wszystkiego było mało, dochodzi do tego wszystkiego ogromny żal i złość względem syna, który chce odebrać mu jedyną żywą istotę, z którą przebywa.
 
Mimo, iż książka porusza ważne i trudne tematy, to czyta się ją zadziwiająco szybko. Duża w tym zasługa lekkiego pióra Autorki. Co więcej, nie znajdziemy tutaj pędzącej fabuły pełnej zwrotów akcji, a jedynie melancholijną, niespieszną opowieść, która wciąga czytelnika w świat głównego bohatera, poruszając w nim wrażliwe nuty. Niewątpliwie jest to jedna z tych lektur, które nie tyle się „pochłania”, ile przeżywa powoli, z uwagą, pozwalając myślom na refleksje egzystencjalne.
Motyw egzystencjalny jest tu zresztą wyraźnie zaznaczony. Czas odgrywa tu ważną rolę, nie tylko będąc tłem wydarzeń. Przemijanie przenika niemal w każdym rozdziale - zmienia bohaterów, relacje i sposób postrzegania otoczenia. Autorka pokazuje tutaj, że życie składa się z kruchych i ulotnych chwil. Śmierć jest tutaj przedstawiona jako powolny proces: myśli, lęku, oswajaniem się z tym, co nieuniknione. Refleksje nad godzeniem się ze śmiercią – czy to własną, czy też cudzą – należą do jednego z najmocniejszych punktów książki.
 
Kolejnym mocnym punktem tej powieści jest relacja ojciec-syn. Relacja niełatwa, pełna niedopowiedzeń, napięć i trudnych emocji, które mają charakter eskalujący, ale znajdują ujście we wzajemnym przebaczeniu.
Pięknie i wzruszająco ukazano przywiązanie człowieka do zwierzęcia. Pies Sixten jest tutaj symbolem bezwarunkowej obecności i wierności - jedynym przyjacielem człowieka. Tym mocniej wybrzmiewa tutaj chęć odebrania głównemu bohaterowi jedynego towarzysza codziennej niedoli. Wzruszająco ukazano tą relację pod koniec książki.
Ważnym elementem książki są opiekunowie. Autorka ukazuje ich jako osoby bardzo potrzebne, odgrywające kluczową rolę, choć nie idealne. Mają odmienne charaktery, różne poziomy cierpliwości, popełniają błędy, ale jednocześnie mają bardzo duży wpływ na ich podopiecznego. I choć ich obecność jest niemal niezauważalnym tłem, to właśnie opiekunowie Pomocy Domowej towarzyszą w najtrudniejszym etapie życia Bo.  To oni podtrzymują jego codzienność, są świadkami jego wspomnień, lęków, wstydu. Są jego  powiernikami, wychodzą na spacer z jego psem, gdy on już nie może tego robić, wciąż utrzymują kontakt z jego synem, pomagają w codzienności, ale także w godnym odchodzeniu.
 
"Kiedy żurawie odlatują na południe" to lektura wymagająca emocjonalnej uważności, głębokiej refleksji nad przemijaniem, relacjami rodzinnymi, godzeniem się nieuchronnością śmierci. To jedna z tych książek, które mogą na długo pozostać w pamięci. Zachęca do zatrzymania się, spojrzenia na własne relacje i pogodzenia się z myślą, że starość to wiele wyrzeczeń, a odejście to nieodłączna część życia. Bardzo polecam tą książkę, zwłaszcza tym, którzy lubią przeczytać taką wartościową, zmuszającą do refleksji, momentami wzruszającą literaturę. 

Data przeczytania17-01-2026 (od: 3-01-2026)

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

7/10          4/5                         7/10                          3,5/5

"Zbyt głośna samotnosć" (Bohumil Hrabal)

Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.

Popularne posty