piątek, 5 czerwca 2015

W krzywym zwierciadle

Książka jest podzielona na dwie części. Pierwsza część obejmuje felietony Macieja Stuhra, które pojawiały się w magazynie "Zwierciadło" w latach 2009-2013. Całkiem inna jest część druga, gdyż zawiera opowiadanie-scenariusz, który ma za zadanie być parodią scenariuszy filmowych do polskich komedii romantycznych.

Pierwsza część książki, przypadła mi do gustu. Do tej pory nigdy nie było mi po drodze było zaznajomić się z owymi felietonami w magazynie, ponieważ nie kupuję tego pisma regularnie, a jak już zdarzyło się, że posiadałam "Zwierciadło", to część z felietonami szybko przerzucałam aby przejść do interesujących mnie artykułów. Teraz, po lekturze tej książki zauważyłam, że omijanie ich w magazynie było błędem.
Pan Maciej Stuhr pisze swoje felietony lekko i ciekawie. Czytałam je z prawdziwą przyjemnością. Rozdziały nie są długie - każdy następny rozdział to nowy felieton. Niektóre z nich mnie bawiły, inne zainteresowały swoją treścią (jak na przykład ten o harcerstwie). W innych autor potrafił mnie rozśmieszyć, czym skutecznie poprawił mi humor niemal na cały dzień.
Nie wszystkie felietony przypadły mi do gustu. W przypadku niektórych nie zgadzałam się ze zdaniem autora na dany temat, bądź nie wystarczająco mnie interesowały. Na szczęście takie zdarzały się rzadko.

Część druga z opowiadaniem "Utytłani miłością" początkowo nie przemówiła do mnie. Kilka pierwszych rozdziałów czytałam z obawą, że to się nie uda. Nie mogłam pogodzić się, że to koniec felietonów. Z czasem jednak coraz bardziej wciągałam się w tą zwariowaną historię - jak się okazuje obfitującą w kilka zaskakujących zwrotów akcji. Dodatkowy plus należy się za ilustracje Nataszy Pastuszenki.

Całokształt oceniam jako dobrą książkę. Polecam ją, zwłaszcza fanom humoru Macieja Stuhra. Natomiast, jeśli nie przepadacie za formą wypowiedzi jaką jest felieton - to "W krzywym zwierciadle" może nie przypaść Wam do gustu.
 
Data przeczytania: 5-06-2015 (od: 21-05-2015)

Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

6/10          3/5                         6/10                         3/5

piątek, 29 maja 2015

Zniszcz ten dziennik. Wszędzie

Nie minęło jeszcze parę miesięcy od mojej opinii do „To nie książki”, (gdzie wyraziłam obawę przed kolejnym tworem Keri Smith oraz nadzieję, że nie zobaczę na sklepowych półkach już żadnego nowego „dzieła”), a już mamy kolejną książkę. Tym razem jest tańsza (jedyne 15zł) oraz mniejsza (bo to wydanie kieszonkowe).

Ciężko stwierdzić, że ją przeczytałam (bardziej przejrzałam), bo jak w poprzednich „dziełach” autorki: niewiele tu jest do czytania. Konwencja pozostaje ta sama co zawsze. Znowu mamy okazję zniszczyć książkę i jeszcze za to zapłacić niemałą kasę (jak na tak cienką kieszonkową książkę to te 15zł to i tak dużo).

Dlaczego „Zniszcz ten dziennik. Wszędzie” dostaje ode mnie jedną gwiazdkę, skoro debiutancki „Zniszcz ten dziennik” miał dwie, a „To nie książka” tylko (i aż) trzy gwiazdki?
Oto powody:
1) to kolejne wyrzucenie pieniędzy - lepiej wydać te 15zł na coś (cokolwiek by to było) innego lub dołożyć do naprawdę porządnej książki,
2) żerowanie na naiwności ludzkiej (żeby nie powiedzieć głupocie), zaczyna już się robić nudne. Tym bardziej jeśli to żerowanie jest podszyte hasłami typu: „konstruktywna destrukcja”, „wyrażanie siebie”, „realizowanie twórczych pomysłów” etc.,
3) przeglądając ową książkę zauważyłam, iż w tym przypadku mamy przykład idealnego przepisu na to jak stworzyć coś, na czym można zarobić. Nie trzeba się wiele wysilać. Jaki to przepis? Wystarczy do tytułu „Zniszcz ten dziennik” dopisać po kropce „Wszędzie”, wydać jako wydanie kieszonkowe (żeby można było zgodnie z tytułem niszczyć wszędzie) i umieścić na okładce dopisek „nowe zadania”. Bardzo dobrym chwytem marketingowym jest też napis: „edycja limitowana” (typowe zagranie aby przyciągnąć jeszcze większą liczę nabywców).
A co jest w tym wszystkim najlepsze? Mam jeszcze w pamięci sporą większość zadań ze „Zniszcz ten dziennik”. Przejrzałam kieszonkowe wydanie i mogę stwierdzić, że tych nowych zadań nie ma tam wiele. W zasadzie to one są idealnym przekopiowaniem tego, co było w pierwszej książce z tej serii. Znowu możemy ją upaprać, poplamić, popisać wyhodować na niej coś, przykleić coś, szurać nią, podrzeć, znaleźć sposób na ubranie się w nią… itd. Nic nowego. Aż chce się zanucić pod nosem „Ale to już było…”

Właśnie dlatego ta jedna gwiazdka. O ile „Zniszcz ten dziennik” to była nowinka na rynku (głupia, bo głupia ale jednak coś innego), o tyle „Zniszcz ten dziennik. Wszędzie” jest ewidentnym przykładem na dodatkowe „zdarcie” pieniędzy z naiwnych, którzy uwierzą w oszustwa z okładki.
Rozwieję więc wątpliwości: nie, nie znajdziecie w niej nic nowego. Znajdziecie te same zadania co w poprzednich książkach z tej serii tyle, że w mniejszym formacie (i to nie wszystkie, bo inaczej to kieszonkowe wydanie musiałoby być chyba 2 razy tyle grubsze). Z jednej strony wcale się nie dziwię. W końcu ileż można tego wymyślać…?

W dalszym ciągu uważam, że kreatywną destrukcję można wykonać biorąc zwykłą czystą kartkę lub - jeśli już chcemy w formie wielu kartek - wystarczy tani brulion za około 2zł. Miałoby to większy sens, bo przynajmniej moglibyśmy wymyślić własne zadania bez niczyich podpowiedzi co zrobić z daną kartką. Czy jako istoty myślące, aby dokonać kreatywnej destrukcji naprawdę potrzebujemy żeby nam dyktować na każdej stronie co mamy z tą stroną zrobić? I gdzie w tym wszystkim własna kreatywność? Gdzie te NASZE twórcze pomysły? Skoro wykonujemy jak małpa cudze pomysły pod dyktando, a jedynym miejscem na dokonanie własnego twórczego pomysłu jest ta strona z hasłem typu: „Tutaj zaprezentuj własny pomysł na to jak zniszczyć tą stronę”. Swoją drogą: czy naprawdę trzeba to komuś pisać? To dla kogo jest ta książka? Dla ludzi myślących, chcących zaprezentować na niej WŁASNE, twórcze pomysły i WŁASNĄ, kreatywną destrukcję? Czy ta destrukcja w dalszym ciągu jest jeszcze nasza własna? Patrząc na całokształt szczerze w to wątpię. To ciągle jest bezmyślne wykonywanie zadań, założonych prze autorkę książki, pod pięknie brzmiącym hasłem „kreatywnej destrukcji”, w ramach (pseudo)psychoterapii.

Ze swojej strony książki nie polecam. Mimo, że to jest cieńsze kieszonkowe wydanie. Nawet jeśli w danej chwili macie 15zł na zbyciu a nie wiecie co dokładnie z nimi zrobić lepiej dołożyć do wymarzonej książki, wyszaleć się na imprezie tudzież wpłacić na konto dowolnie wybranej akcji charytatywnej lub cokolwiek innego, co byłoby WASZYM WŁASNYM, wartościowym pomysłem na wykorzystanie danego nominału.
 
Data przeczytania: 29-05-2015 (od: 29-05-2015)

Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

1/10          1/5                        1/10                         0,5/5

poniedziałek, 4 maja 2015

Szum

Po lekturze "Szumu" Magdaleny Tulli doszłam do wniosku, że chyba inaczej wyobrażałam sobie tą książkę.

Specyficzny styl autorki początkowo był ciekawym zabiegiem, z czasem jednak zaczął mnie irytować. Natomiast rozmowy głównej bohaterki z wyimaginowanymi postaciami (Lisem i zmarłymi osobami) - z biegiem czasu skutecznie mnie znudziły.

Oprócz paru interesujących fragmentów, doceniam jednak piąty rozdział (który okazał się być - według mnie - najlepszym z całej książki) oraz niektóre fragmenty z całości książki, które mogą być wartościowymi cytatami.

Książkę ukończyłam tylko dlatego, żeby dowiedzieć się jaki to wszystko będzie miało przebieg. W ostateczności trochę żałuję, że w ogóle poświęciłam jej czas. A szkoda, bo spodziewałam się naprawdę dobrej lektury. Tymczasem "Szum" nie wywołał u mnie praktycznie żadnych emocji. Ani mną nie wstrząsnął, ani mnie nie wzruszył.

Są to jednak tylko moje odczucia. Nie każdy musi się z nimi zgadzać. Dlatego też ani tej książki nie odradzam ani nie polecam.
 
Data przeczytania: 3-05-2015 (od: 8-04-2015)

Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

3/10          1/5                         3/10                         1,5/5

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Norwegian Wood

Po lekturze "Na południe od granicy na zachód od słońca" nadszedł czas na kolejną książkę Murakamiego. Padło na "Norwegian Wood", z którą chciałam się zmierzyć już od dłuższego czasu.

Tu podobnie jak w "Na południe (...)", głównym bohaterem, który przedstawia czytelnikowi wydarzenia, jest mężczyzna. Tym razem zapoznajemy się z Toru Watanabe. Jest on zamkniętym w sobie, mającym swój świat młodym chłopakiem. Oprócz niego poznajemy też jego bliskiego przyjaciela Kizukiego i dziewczyny: Naoko, Midori i Reiko. Wszystkie te postacie będą miały duży wpływ na życie Watanabe.

Murakami porusza tu między innymi tematy takie jak: egzystencja, śmierć, przemijanie, samotność, miłość i przyjaźń.
Ogólnie nie da się nie wyczuć w książce klimatu melancholii i nostalgii, niekiedy wielkiego smutku i przygnębienia. Autor umiejętnie podsyca ten nastrój poetyckimi opisami. Ode mnie wielki plus dla niego za tchnięcie w tą powieść aury smutku ale też tajemnicy poprzez piękne opisy. Przejawia się to nie tylko w opisach otaczającego świata, ale też choćby nawet w przypadku opisów snów.
Oprócz pięknego poetyckiego języka, w "Norwegian Wood" czytelnik może się również spotkać z erotycznymi opisami, które są ujęte w sposób odważny, choć według mnie nie ujmuje im to zmysłowości i pewnego rodzaju uroku.

Niestety doszukałam się też minusa w postaci opisów dnia codziennego głównego bohatera. O ile (czasami) jest to do wytrzymania u Emily Giffin, o tyle nie mogę Murakamiemu wybaczyć przynudzania w postaci opisywania (przykładowo) czynności jakie po kolei Watanabe wykonał gdy wstał z łóżka. Tego typu opisy (gdy pojawiały się w nadmiarze) sprawiały, że często czułam znużenie podczas czytania. Na szczęście Murakami po każdym takim nudnym opisie serwuje swoje piękne, poetyckie fragmenty, lub inteligentne rozmowy bohaterów. Jednak gdyby nie znużenie, jakie czułam w paru rozdziałach - moja ocena z pewnością byłaby wyższa.

Nie wzbudziła mojej sympatii Midori, którą uznałam za dziecinną istotę, choć z czasem trochę zaczęłam ją rozumieć. Bardzo polubiłam Reiko, a historia jej życia, którą opowiedziała Watanabe podczas jego wizyty w sanatorium uznaję za jeden z najciekawszych momentów w książce (mimo, że to chyba jeden z najdłuższych, o ile nie najdłuższy rozdział).

W ogólnym rozrachunku, po analizie wszystkich "za" i "przeciw" oceniam ją jako dobrą. Uważam, że "Na południe od granicy, na zachód od słońca" czytało mi się lepiej, ale nie potrafię nie docenić w "Norwegian Wood" piękna opisów, dzięki którym powieść ta nabiera specyficznego charakteru.

Książkę polecam (myślę, że sama z chęcią kiedyś do niej wrócę), aczkolwiek nie poleciłabym jej osobom uwrażliwionym na śmiałe opisy erotycznych igraszek. 

Data przeczytania: 6-04-2015 (od: 25-01-2015)

Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

6/10          3/5                         6/10                         3/5

niedziela, 29 marca 2015

Upiór Opery

Zazwyczaj staram się najpierw przeczytać książkę. Jednak w przypadku "Upiora Opery" pierwszeństwo miał film. Teraz nie wiem czy to dobrze czy źle dla książki...
Mimo, iż minęło już dobrych parę lat, to w pamięci wciąż mam obraz Joela Schumachera: "The Phantom of the Opera" (wersja z 2004 roku) i dźwięki bardzo dobrej ścieżki, którą Andrew Lloyd Webber stworzył do tego filmu.

Po latach, z niemałą radością dowiedziałam się o istnieniu książki, a ponieważ polubiłam filmową historię, uznałam, że książka musi być równie dobra (jak nie jeszcze lepsza) od filmu.

Dziś po lekturze książki mam mieszane uczucia. Niby historia ta sama, bohaterowie w większości ci sami a pozostał duży niedosyt. I właśnie te moje mieszane uczucia i ten niedosyt zadecydowały o końcowym uznaniu książki jako przeciętnej.
Choć początki lektury nie zwiastowały, że będzie tak średnio. Nawet po pierwszych (nieco dłużących się) rozdziałach historia nabrała rozpędu - ujawnił się fakt iż Upiór rzeczywiście istnieje. Zaczęły się iluzje Upiora w postaci m.in. znikającej koperty. Historia zrobiła się tajemnicza i ciekawa. Pojawiły się też lekko zabawne elementy w postaci dialogów między bohaterami przy próbach zdemaskowania Upiora.

Niestety aurę tajemniczości i ciekawą, nabierającą tempa fabułę, powoli zaczął niszczyć wątek romansu między wicehrabią Raoulem de Chagny'm a Krystyną Daaé (oraz obsesja namiętności jaką żywił Upiór do tejże Krystyny). Wkradła się nuda, głównie za sprawą dialogów między Krystyną a wicehrabim. Miłosny wątek sprawił że niejednokrotnie odstawiałam książkę nawet na kilka dni.

I kiedy już myślałam, że parę ostatnich rozdziałów będzie nudną drogą przez mękę, okazało się, że historia ponownie mnie wciągnęła. Przeczytałam je szybko i chętnie - zwłaszcza opowiadanie niejakiego Persa, które mimo, że jest długie i obejmuje kilka rozdziałów to czytało mi się je z prawdziwą przyjemnością.
Skąd więc tak niska ocena? Otóż w ostateczności poczułam na koniec coś, czego nie chciałby poczuć żaden czytelnik - sporą ulgę że skończyłam tą książkę.

Mimo wszystko polecam zapoznać się z tą historią, bo to, że ja mam mieszane uczucia, nie oznacza, że inni też takowych doznają.
A po lekturze zachęcam do sięgnięcia po musical "Upiór w Operze" z Emmy Rossum i Gerardem Butlerem w dobrze odegranych rolach Upiora i Krystyny. 

Data przeczytania: 29-03-2015 (od: 21-02-2015)

Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

5/10          2/5                         5/10                          2,5/5

"Zbyt głośna samotnosć" (Bohumil Hrabal)

Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.

Popularne posty