sobota, 25 czerwca 2016

Klimaty

Tematem wiodącym „Klimatów” są uczucia. Głównie miłość i wszystkie te stany duszy, które wywodzą się z niej i są z miłością ściśle powiązane, niemal nieustannie jej towarzysząc. Jakie to stany? Począwszy od ogromnej fascynacji obiektem westchnień, poprzez wielkie szczęście i poczucie spełnienia. Jednak miłość, to nie zawsze świat pełen barw. Miłość to czasem szarość i czerń. Mauoris opisuje tu właśnie te uczucia towarzyszące miłości, które z tej pięknej, kolorowej zamieniają ją w miłość pełną goryczy i łez. Mamy więc tu: zazdrość, olbrzymie cierpienie i tęsknotę za ukochanym człowiekiem. Co gorsze – niesamowity ból świadomości, a wreszcie nieodwzajemnionej miłości. A co za tym idzie: ogromne poczucie straty i wielkiego zawodu, które z kolei prowadzą już tylko do przygnębienia i smutku, czy też – ładnie, poetycko nazywając - „melancholii”, która nie jest tutaj niczym innym jak tylko depresją.

Na szczególną uwagę zasługuje konstrukcja tego krótkiego utworu. Sama fabuła jest w zasadzie zwyczajna. Zawiedzie się ten czytelnik, który oczekuje, że zaserwowana tu historia czymś go zaskoczy i porwie. Fabuła „Klimatów” z całą pewnością jest tu na drugim planie. To tylko tło, które ma pokazać jej główny walor – czyli właśnie istotę i siłę ludzkich uczuć. Siłę miłości. Książka jest podzielona na dwie części: pierwszą „Odyla” i drugą „Izabela”. Głównym bohaterem jest Franciszek, który opowiada swoje dzieciństwo, lata młodości i swoje miłosne fascynacje od Pani Aubry, przez liczne miłostki (kobiety, których nie kochał, lecz przewinęły się w jego życiu), po Odylę i Izabelę. Wnikliwy czytelnik dostrzeże zaletę konstrukcji fabuły po koniec lektury, gdy oto czytając o losach Franciszka, Odyli i Izabeli, jego oczom ukaże się zjawisko zamkniętego koła. Klamry, którymi pospinany jest ciąg poszczególnych zdarzeń.

Autor opisuje tu miłość jako pełnię szczęścia, uczucie cudowne, niemal mistyczne, ale też jako samonapędzającą się machinę, która powodowana zazdrością niszczy człowieka od wewnątrz. I tu Mauoris trafia w samo sedno, opisując miłosną fascynację, a przede wszystkim zazdrość, tęsknotę i samotność szczegółowo, z dużą starannością, niemal wchodząc w duszę i ludzki umysł. Najlepszym tego przykładem jest opis nieudolnie ukrywanych, bardzo widocznych zachowań Odyli i wyniszczająca walka myśli Franciszka, jednocześnie też walka myśli Izabeli i opis zachowań Franciszka. Między innym zazdrość jawi się nam tu jako powód destrukcji związku, ale też jako ból duszy, w której ten/ta trzeci/a to największy wróg, którego się mimowolnie piętnuje.

„Klimaty” to nie tylko opis miłosnej fascynacji i zazdrości. To też opowieść o olbrzymim smutku i bólu związanym z tęsknotą za ukochaną osobą. Historia o pragnieniu bliskości ponad miarę, co za tym idzie – opowieść o samotności. Głównie o samotności wśród ludzi. Samotności w związku, do którego wtargnęła obojętność/zdrada. To samotność kochanków opętanych strachem, zmieszanym z zazdrością, powodowanym ogromnym uczuciem miłości, ale też samotność potęgowana straszną świadomością powolnej utraty owej miłości. Jest to też opowieść o cierpieniu wywołanym pragnieniami, które pozostają w niezgodzie z tym, co moralne i właściwe; o utrzymywaniu pozorów jakich doświadcza się przy niepokojących wieściach; a w końcu jest to książka o ogromnym żalu, goryczy, pustce, które w obliczu rozstania lub uświadomienia prawdy sobie samemu, tłamszą w sercu wytrawiając je i pozostawiając w nim wielką wyrwę.

Mauoris o wszystkich tych ludzkich stanach duszy opowiada czytelnikowi pięknym słowem pisanym. Stylem niepozbawionym delikatnego, subtelnego romantyzmu. Jego spostrzeżenia są niebywale trafne. Autor odznacza się niesłychaną znajomością tematu, dotykając najsubtelniejszych uczuciowych rozterek. Pięknie pisze o najbardziej trywialnych sytuacjach występujących w miłości, czyniąc swoją książkę głębokim, wnikliwym studium miłości, zazdrości, samotności, ale też ludzkiej natury i zachowań. Swoją niepozorną książką dotyka głębi ludzkiej duszy. Poprzez przedstawienie natury ludzkich uczuć i natury kobiecych i męskich zachowań, pokazuje też fatalizm miłości. Jest to fascynujące, a zarazem straszne. Gdyż czytelnik dostrzega, że „Klimaty” niosą ze sobą wiele życiowych prawd. Uświadamia sobie, że oto ma przed sobą książkę, którą można nazwać źródłem mądrości na temat zmysłowości i siły uczuć, które mają odniesienie w rzeczywistości. Jego rzeczywistości, bo wszystkie opisywane tu uczucia są czytelnikowi tak dobrze znane i tak bardzo mu bliskie, że choć z jednej strony fascynują, to z drugiej są bardzo smutne, wzruszają, doprowadzając nieomal do przygnębienia.

W książce nie dostrzegam żadnych minusów poza tym, że historia nie jest bardzo wyszukana, ani odkrywcza. Za to minusem mojego wydania jest wręcz fatalna korekta (a raczej jej brak), co sprawiało niemałe niezadowolenie. Dawno już nie miałam styczności z książką, która miałaby tak wiele niedociągnięć pod względem literówek (a czasami nawet braku niektórych wyrazów!). Drugim minusem jest według mnie okładka (Wydawnictwo Artes, 1992). Dlaczego? Otóż nie ma ona wiele wspólnego z treścią książki. Może też być dla niektórych myląca, gdyż przywodzi na myśl bardziej tanie romansidło, aniżeli poważną, ambitną książkę. Te minusy i niedopatrzenia nie mają jednak wielkiego wpływu na moją ogólną ocenę.

Ze swojej strony książkę jak najbardziej polecam wszystkim czytelnikom. Z pewnością każdy odnajdzie w niej jakąś cząstkę siebie identyfikując się po części niemal z każdym bohaterem. Wszystkie uczucia, które autor zgrabnie nam podaje są na tyle naturalne, że z pewnością będą uniwersalne dla każdego czytelnika. Bo chyba nie ma osoby, która w swoim życiu nie doznała bólu i cierpienia związanej z zazdrością, samotnością, tęsknotą, czy też nieodwzajemnioną miłością. Będzie świetnym, poruszającym studium miłości dla dorosłego czytelnika, który wiele w sowim życiu doświadczył, ale też dla młodego czytelnika, który dopiero wkracza w świat miłosnych rozterek. Może nawet czegoś nauczy? Może pokaże niedostrzegalne, nazwie nienazwane i wyjaśni nieodgadnione...?
 

Data przeczytania: 25-06-2016 (od: 2-05-2016)


Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

7/10          4/5                         7/10                         3,5/5

czwartek, 16 czerwca 2016

Królestwo

Swoją opinię „Królestwa” zacznę trochę nietypowo, bo od jej oceny. Wystawiam jej zasłużone sześć gwiazdek, co oznacza dla mnie książkę „dobrą”. Jednakże moja ocena jest lekko naciągnięta. Aby najlepiej zobrazować motywy, jakimi kierowałam się podczas podejmowania decyzji o ostatecznej ilości gwiazdek, poniżej posłużę się opisem swoich refleksji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury owej książki.

Nie wliczając prologu, „Królestwo” podzielone jest na cztery części. Część zatytułowana „Kryzys” obejmuje zwierzenia autora. Carrère szczegółowo przedstawia tu kolejne etapy swojego nawrócenia na religię chrześcijańską. Dzięki przytoczeniu przez niego fragmentów jego zapisków, notatek pochodzących z zeszytów prowadzonych w okresie jego największej fascynacji chrześcijaństwem, czytelnik może poznać sporo towarzyszących mu refleksji. Kolejne akapity pochłonęłam więc ze sporym zainteresowaniem, gdyż mogłam wejrzeć w przemyślenia wewnętrzne człowieka, który poszukując sensu życia skłonił się ku wierze katolickiej.

W pierwszej część zatytułowanej „Paweł” chrześcijaństwo jeszcze się nie narodziło. Carrère pokazuje jak kształtowały się dzieje nurtu, który dopiero z czasem przekształcił się w religię, jaką dziś nazywamy chrześcijaństwem. Chrześcijaństwem, które w owych czasach wiele czerpało z innych religii - głównie judaizmu. Tu poznajemy Żyda Pawła, jego mowę o nadejściu Mesjasza i słuchającego owej oratorskiej mowy Łukasza – greckiego apostoła. Tutaj czytelnikowi przedstawiono gniew Boga za niewypełnienie jego woli oraz natchnionych kaznodziejów stosujących zasadę „kija i marchewki”. Przy tych opisach autor posługuje się także fragmentami zaczerpniętymi z różnych przekładów Biblii. Też z przekładu Renana, który to sprowadził dzieje Jezusa do losów normalnego człowieka – buntownika swoich czasów, a nie bóstwa. Począwszy od interesującego prologu po połowę pierwszej części, książkę czyta się bardzo dobrze. Lekkie zachwianie tego wrażenia odczułam, kiedy to zbliżając się do końca pierwszej części zauważyłam przesyt powodowany nagromadzeniem cytatów biblijnych – także przemyśleń autora, jego wierzeń z tamtego okresu. O ile na początku były ciekawe i sensowne, o tyle z czasem zaczęły być jednak banałami o katolickim wydźwięku.

Początek drugiej części dłużył mi się tylko trochę. Lektura tych fragmentów pozwoliła mi wyróżnić parę interesujących informacji, między innymi to, czym jest modlitwa, a także jakie dokładnie znaczenie ma to słowo. Jednym z ciekawszych zagadnień, o których wspomina tu autor jest temat powstania pierwszego Kościoła. Pod koniec, druga część książki zaczęła mnie jednak nużyć, do tego stopnia, że chwilami chciałam żeby się już skończyła.

„Śledztwo” to trzecia część, która opisuje głównie czasy życia i działalności Jezusa. Czyli bunty, rozboje. Dla mnie, są to najciekawsze fragmenty, w których to autor przedstawił Jezusa jako zwykłego człowieka, buntownika politycznego, wichrzyciela, który poniósł karę śmierci – taką, jaką w owych czasach stosowano wobec tych, których chciano „stracić” za ich przewinienia. Przy okazji, na przykładzie zapisów ewangelicznych można zauważyć rzecz, będącą też obecnie „na czasie”. Mianowicie: przekłamania co do liczebności osób protestujących w manifestacjach zdarzały się od zawsze… już wtedy, gdy nie było telewizji, sondaży etc. Część ta pokazuje też, jak wiele jest rozbieżności w poszczególnych Ewangeliach, opisujących jeden i ten sam moment jakim jest zmartwychwstanie. Mit zmartwychwstania to zresztą kolejny opis, który autor przedstawił w ciekawy sposób. W tej - skądinąd - interesującej części, znalazł się jednak fragment będący solą w oku czytelnika. Mowa o zupełnie niepasujących do całości książki (i wbrew pozorom nudnych) dwóch rozdziałach poświęconych erotycznej fascynacji autora, jaką jest jego zamiłowanie do filmów pornograficznych. Wprawdzie dalej mamy opisy Maryi – zawsze dziewicy. Jednakże z której strony by na to nie popatrzeć i przy największych chęciach „przymrużenia” na to oka, te dwa rozdziały mają się do reszty jak piernik do wiatraka. Wynurzenia te psują przyjemność z czytania, a czytelnikowi podświadomie karzą spojrzeć na osobę samego autora pobłażliwie nasuwając też przekonanie o braku profesjonalizmu zamiast kunszcie literackim.

Przy lekturze ostatniej części zatytułowanej „Łukasz”, miałam mieszane uczucia. Z uwagi na to, iż to ostatnia część, z jednej strony czekałam na zreflektowanie się autora po sporej ilości nieco nużących fragmentów, z jakimi spotkałam się w poprzednich częściach (zwłaszcza w „Pawle”). I owszem, tutaj spotkałam się z ciekawymi fragmentami opisującymi historyczne fakty. Ale większość tej części niestety mnie nudziła. Pomijając interesujące mnie opisy historyczne (między innymi te, dotyczące przeistoczenia Judei w Palestynę i zrujnowania Jerozolimy), czwarta część książki niestety w większości mnie znudziła. Zwłaszcza jej ostatnie sto stron, gdzie już tylko patrzyłam kiedy nastąpi koniec.

Po serii zanudzenia czytelnika w czwartej części książki, najciekawszym momentem staje się epilog. Momentem, gdyż jest to rzeczywiście „moment”. Tu znalazłam nie tylko zarys tworzenia się instytucji zwanej Kościołem, ale też początki tworzenia się kleru. Zrobiło się bardzo interesująco. Pojawiło się „światło” i przekonanie, że oto za chwilę autor odsłoni swoje najlepsze karty. Niestety w tym momencie książka się kończy, a czytelnik pozostaje z uczuciem, jakby nagle owo „światło” zaczęło przygasać – uczuciem niedosytu.

Podsumowując, z powyższych moich refleksji wynika jedno: „Królestwo” to książka ciekawa ale chwilami nierówna. Zainteresowanie czytelnika rozbudzone już na samym początku zaczyna słabnąć wraz drugą częścią. Zbliżając się ku połowie książki, odnieść można wrażenie sinusoidy. Raz autor rzuca ciekawymi faktami i intryguje. Innym razem zanudza dłużącymi się opisami. Następnie znów przyciąga uwagę tematem, podaje wiele ciekawych, odautorskich przemyśleń, by później wprowadzić w konsternację swoim, wyrwanym z kontekstu, erotycznym wynurzeniem. Następne rozdziały, choć opisują historyczne fakty nużą i wzbudzają u czytelnika chęć jak najszybszego ukończenia książki. Epilogiem autor ratuje ostatnie tlące się jeszcze iskierki nadziei. Udaje mu się to, aczkolwiek pozostaje lekki niedosyt.

Choć chwilami miałam ochotę wystawić tylko pięć gwiazdek, pozostaję przy sześciu. Nie mogę uznać za przeciętną książki, która jest ciekawa, powstawała latami i, w której autor w sposób racjonalny ukazuje historię powstania wiary chrześcijańskiej i Kościoła. Na podstawie własnych odczuć, okiem agnostyka i w gawędziarskim stylu, stara się ukazać dzieje opisane w Biblii. I, choć chwilami fantazjuje, częściowo zanudza, to jednak popełnia solidną książkę. To wszystko, to jednak tylko moje subiektywne odczucia, z którymi nie każdy musi się zgodzić. Aby wyrobić sobie własne zdanie należy sięgnąć po tę pozycję i samemu ocenić ją według siebie.
 

Data przeczytania: 16-06-2016 (od: 28-05-2016)


Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

6/10          3/5                         6/10                         3/5

środa, 13 kwietnia 2016

Titanic. Pamiętna noc

Gdy dziś usłyszymy hasło Titanic, jedni od razu skojarzą go z obsypanym Oscarami filmem Jamesa Camerona z Kate Winslet i Leonardo DiCaprio w rolach głównych. Inni pomyślą o orkiestrze grającej do samego końca, a dla jeszcze innych oznaczać ono będzie luksusowy statek biorący udział w jednej z największych morskich katastrof. Dla historii natomiast, jego dziewiczy rejs, zakończony tragicznym wydarzeniem, jest początkiem końca epoki, w której bardzo liczyły się konwenanse, ale też przebudzeniem dla ówczesnych ludzi, które niczym „kubeł zimnej wody” przyniosło zmiany nie tylko w postrzeganiu pływających jednostek jako tych, które jednak są zatapialne, ale też w postrzeganiu kruchości ludzkiego życia i dostrzeganiu tego, co jest naprawdę ważne. To wydarzenie zobligowało firmy, konstruktorów etc. do zmian w przepisach, które miały na celu zapobiec podobnym wypadkom w przyszłości.

Na tylnej okładce „Pamiętnej nocy” czytamy, że jest to „najważniejsza książka poświęcona tragedii Titanica, bez której nie byłoby słynnego filmu Jamesa Camerona”. Trudno się z tym nie zgodzić - wszak autor był konsultantem na planie filmu, a w trakcie czytania sporo sytuacji można skojarzyć z dziełem Camerona. Jednakże potencjalny czytelnik, który oczekuje pięknej, romantycznej historii z katastrofą w tle – może się rozczarować. Na próżno szukać tu odpowiedników filmowej pary Jack’a i Rose, gdyż ta książka jest wnikliwym opisem dotyczącym głównie przebiegu samej katastrofy. Tego jak do niej doszło, a przede wszystkim – próbą dokładnego odwzorowania emocji pasażerów jakie im towarzyszyły w czasie dramatycznych wydarzeń.

Podczas lektury czytelnik może przenieść się do początków XX wieku, na najpotężniejszy i najbardziej luksusowy (jak na ówczesne lata) statek świata. Walter Lord swoimi plastycznymi opisami ukazał nie tylko piękno kajut pierwszej klasy, wytworne jadalnie, długie jasne korytarze, promenadę statku, etc. ale przede wszystkim przejmująco unaocznił ludzki dramat tych, którzy nagle znaleźli się w samym środku koszmaru i robili - dosłownie - wszystko aby przeżyć.
„Pamiętną noc” nazwałabym „książką emocji”. Odczuć i zachowań nie tylko pasażerów ale też członków załogi – m.in.: palaczy w kotłowniach, radiotelegrafistów, oficerów etc. Czyli wszystkie te niuanse, które były ujęte w filmie Camerona, w krótkich sekwencjach obrazu. Przy okazji czytelnik może spotkać się z ciekawym przedstawieniem sylwetek m.in. takich postaci jak: Kapitan E.Smith, Thomas Andrews, oficer Lightoller czy prezes White Star Line - Bruce Ismay.

Autor posługując się sugestywnym stylem, oprócz samej katastrofy, przybliża czytelnikowi (równie istotny) temat aspektów kulturowych i społecznych dotyczących życia panujących w edwardiańskich czasach. Wiele z nich wyjaśnia, poddając je czytelnikowi pod rozważania (uważam to za duży plus, dla tego tytułu). Bardzo celnie opisują to rozdziały siódmy i ósmy (dla mnie są to jedne z najciekawszych rozdziałów). Tym samym, oczom czytelnika ukazuje się m.in. widoczny rozdźwięk w emocjach między ludźmi różniącymi się między sobą pozycją społeczną. Początkowy spokój, opanowanie, dezorientacja i beztroska w zderzeniu ze zdenerwowaniem, paniką i wielkim ludzkim dramatem. Najbardziej ukazane jest to w tak znamiennych sytuacjach, jak m.in: opieszałość, powroty do kajut po wartościowe przedmioty, czy też bezmyślny czyn J.J. Astora w siłowni. Z drugiej strony mamy totalne przeciwieństwo w postaci pasażerów trzeciej klasy, którzy zachowali powagę sytuacji. Widzimy więc ogromny strach, przeszkody w postaci absurdalnych przepisów, a wreszcie bunt wynikający z olbrzymiej woli walki o przeżycie.

Wskazuję głównie na same plusy. Dlaczego więc nie wystawiam temu tytułowi oceny chociażby rewelacyjnej (zwłaszcza jako osoba od lat zafascynowana tematem)? Patrząc krytycznym okiem: książka jest napisana bardzo dobrze. Styl, jakim autor się posłużył, bardzo mnie wciągnął. Niemal od początku dałam się „porwać” kolejnym wydarzeniom i losom bohaterów, a książkę „połknęłam” w trzy dni. Natomiast zabrakło mi dokładniejszego przedstawienia sylwetki znanej (i barwnej) postaci: Margaret „Molly” Brown. Autor kilkukrotnie wspomina o pani Brown – kobiecie o wyjątkowej energii - ale nie podaje informacji o niej, w taki sposób, jak opisał chociażby inne bogate pasażerki pierwszej klasy.
Znalazłam minusy, które leżą po stronie wydawnictwa. Z tych drobnych: to parę literówek (najpoważniejsza: Andrews a Anders to dwa różne nazwiska!). Zamieszczono też zbyt małą liczbę przypisów wyjaśniających niektóre fakty. Te przypisy od tłumacza, które się pojawiają, są tylko w kilku początkowych rozdziałach, natomiast w dalszej części jest jeszcze parę określeń, które mogłyby zostać wyjaśnione w przypisach.
Muszę też „przyczepić się” do nietrafionej okładki tego wydania. Niestety według mnie nie pasuje ona do tej książki. Wciąż zastanawiam się jaki był zamysł projektanta, by zamieścić tak dziecinny obrazek przedstawiający kiczowaty statek, a górę lodową jako misz-masz brzydkich rombów i trójkątów. Całość bardziej pasuje jako świetna ilustracja do krótkiej książeczki dla dzieci, a nie do książki traktującej na poważny temat. Nie waży to bardzo na mojej ocenie ogólnej, co jednak nie zmienia faktu, że ten mało atrakcyjny obrazek jest dla mnie sporym „zgrzytem”.

Nie wystawiam oceny rewelacyjnej z uwagi na dwa aspekty. Pierwszy z nich to brak czarno-białych fotografii pochodzących ze statku. Autor o nich wspomina w – skądinąd ciekawych – podziękowaniach. Nie wiem, czy w oryginalnym wydaniu „A Night To Remember” takie fotografie się pojawiły i brakuje ich tylko w polskim wydaniu (?) czy służyły one autorowi tylko jako materiał potrzebny do słownego odzwierciedlenia wyglądu statku. Faktem jest, że dla dopełnienia książki, interesujące byłyby fotografie statku oraz wizerunki tych członków załogi i pasażerów, które się zachowały. Tym bardziej przemawia za tym to, że autor zamieścił w swej książce listę pasażerów, która z czasem okazała się niekompletna - zadbano więc o jej uzupełnienie posługując się listą ze stron internetowych. Z fotografiami można było zrobić podobnie. Z pewnością uatrakcyjniłyby lekturę.
Drugi aspekt to tzw. „podstawowe informacje”. „Pamiętną noc” można postrzegać jako swego rodzaju niewielkie kompendium, w którym oprócz opisu katastrofy mamy „wszystko w jednym miejscu”. Owszem znajdują się tu istotne fakty o samym statku (jak m.in.: tonaż, gabaryty, barwny przekrój ukazujący jego budowę i rozmieszczenie poszczególnych pomieszczeń), a także pełną listę pasażerów wraz z uwzględnieniem ich wieku oraz portu w którym wsiedli na statek. Są to rzeczy jak najbardziej na plus. Jednakże odczuwam lekki niedosyt, gdyż ciągle mam wrażenie, że są książki (nawet dostępne w polskich wydaniach), które podają więcej szczegółów oraz (mniej lub bardziej istotnych) ciekawostek. Przykładem może być „Niezatapialny” Daniela Allena Butlera, gdzie m.in. w aneksach można spotkać się z tym, co tutaj jest podane w dość okrojonej formie.

Podsumowując - według mnie książka jak najbardziej zasługuje na ocenę bardzo dobrą. Nie rewelacyjną, z uwagi na kilka braków, które w innych opracowaniach się pojawiają, czyniąc je przy tym pełniejszym kompendium. W mojej ocenie biorę pod uwagę styl autora, który poprzez słowa idealnie ukazał ludzkie emocje, a także tempo wydarzeń: od dramaturgii sytuacji, przez olbrzymią panikę, po głuchą ciszę i skupienie (wręcz przejmująca grobowa cisza jest bardzo dobrze i sugestywnie przedstawiona w rozdziałach dziewiątym i dziesiątym). Czytelnik może zatem odczuwać narastające (a w końcu zwalniające) tempo, w taki sposób, jakby sam był obserwatorem tej tragedii. Do tego czyta się ją szybko i z dużym zainteresowaniem.

Książkę polecam wszystkim. Nie tylko sympatykom filmu, czy też samej historii statku. Jest ona warta uwagi, także dlatego, że została napisana w oparciu o materiały, które autor gromadził latami. W głównej mierze wykorzystując wspomnienia jedynych wiarygodnych świadków tych wydarzeń – samych ocalałych pasażerów z Titanica.
 

Data przeczytania: 13-04-2016 (od: 11-04-2016)


Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

7/10          4/5                         7/10                         3,5/5

 

Więcej na temat mojej pasji jaką jest Titanic w specjalnej notce tematycznej na blogu

czwartek, 7 kwietnia 2016

Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?

Sięgając po reportaż Justyny Kopińskiej, wiedziałam czego mogę się spodziewać, nie tylko ze słyszenia przed laty głośnej medialnie sprawy siostry Bernadetty, ale też dzięki lekturze „Diabelskiego nasienia” oraz dzięki filmom, takim jak np. „Siostry Magdalenki”. Dlatego nie było dla mnie wielką nowością to, co mogłam tu przeczytać. Jedyną różnicą, jaka dzieli wspomnianą przeze mnie wcześniej książkę i film, jest fakt, iż wydarzenia opisywane w „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” działy się na tzw. „naszym rodzimym podwórku”, a co bardziej szokujące: stosunkowo niedawno - już w XXI wieku. Tu mamy Zabrze, Ośrodek Wychowawczy Sióstr św. Karola Boromeusza. I, choć możemy podczas czytania spotkać się z opisywaniem wydarzeń datowanych na lata nam współczesne, to niejednokrotnie aż chce się krzyknąć: „Witaj średniowiecze!”.

Spotkać się tu możemy z licznymi (i wstrząsającymi) zeznaniami tych dzieci, które opowiedziały w prokuraturze o wydarzeniach z ośrodka. Jak więc nietrudno się domyślić możemy tu przeczytać o siostrach „miłosiernych”, mających pełnić zadania, dydaktyczne, wychowawcze, które w całym swoim oddaniu dla wychowanków (czytaj: repertuarze/szerokim wachlarzu kar) fizycznie i psychicznie maltretowały swoich podopiecznych. Bicie czym popadnie, znęcanie się (na porządku dziennym), absurdalne „średniowieczne” kary, przyzwalanie na gwałty – to tylko nieliczne „cudowne metody wychowawcze”, o jakich tu możemy przeczytać, na które siostry „tak zwanego miłosierdzia” miały pełne przyzwolenie od przełożonej Dyrektor siostry Bernadetty.
Oprócz tego przeczytać możemy także o tym jak wyglądało zatrzymanie siostry Bernadetty, oskarżenie, proces oraz jej odwoływanie się od wyroku, gdzie uderza reakcja samej zainteresowanej wraz z jej (odgrażającymi się) słowami: „- To atak na Kościół!”

Książka ta skłania do refleksji. Pojawia się pytanie: dlaczego przyzwala się na takie tortury? Dlaczego ludzie nie reagują? Pada w tym reportażu jeden cytat, który mógłby być też bardzo dobrym podsumowaniem całości książki:

„Sprawa wygląda tak: dzieci, które mówią, że jest źle są na każdym kroku upokarzane, a siostry od dawna je biją. Mnóstwo dorosłych natomiast powtarza, że wszystko jest dobrze, a siostry są wspaniałe.”

Pojawia się więc jeszcze inne pytanie: dlaczego dorośli powtarzają, że siostry są wspaniałe? Dlaczego jest takie przyzwolenie na te tortury? To jest to, co w tym reportażu uderza czytelnika bardziej, niż same opisy tych tortur. Ludzie przymykają oczy na to, bo nie chcą widzieć problemu. Co jest jeszcze bardziej wstrząsające, to fakt, iż niektóre osoby z organów, które mogłyby szybko i skutecznie zaprzestać temu procederowi, były głuche na wyraźnie negatywne opinie o ośrodku (przykładem przełożeni Rzecznika Praw Dziecka Mariana Osucha, który to rzecznik chciał się tą sprawą zająć i doprowadzić do końca torturom ze strony sióstr Boromeuszek).
Bo, według pewnego kręgu osób, duchowni to ludzie, których wręcz nie wolno krytykować. Istnieje bzdurne przeświadczenie, że osoba duchowna (kleryk), jest z reguły „dobra” (uchodzi za „dobroduszną”) i z założenia nie może nikomu wyrządzić krzywdy. Nikt nie postrzega (lub nie chce postrzegać) klerykalnych osób zajmujących się wychowaniem dzieci w instytucjach do tego powołanych, za tych wychowawców, którzy też stoją na równi z wychowawcami świeckimi. Niektórzy wciąż wolą wierzyć w mit dobrej, bogobojnej, wiecznie uczciwej siostry zakonnej, zamiast czasem zrzucić klapki z oczu i zobaczyć jak wygląda prawda.
To przeświadczenie osób wierzących, na temat wielkiej dobroci duchownych, najlepiej obrazuje poniższy cytat:

„- To konflikt wiary. Jestem katoliczką i nie będę donosić na siostry zakonne.”

Nie rozumiem podejścia osób mających się za katolików, postępujących (podobno) według zasad moralnych; osób, które często lubią powtarzać - niczym mantrę - to swoje słynne: „szanuj bliźniego, jak siebie samego”, a później, gdy pojawia się problem, „szanują” poprzez zamykanie oczu. Zastanawia mnie czy „szanując bliźniego” (w tym przypadku te niewinne dzieci), ci, którzy tak ochoczo zasłaniają się swoją wiarą, pomyśleli choć raz: czy będąc na miejscu tych bliźnich, też chciałbym/abym być traktowany/a jak wychowankowie tego ośrodka? Czy te osoby też chciałyby, aby inni woleli milczeć w ich sprawie, gdyby to im działa się krzywda?
To milczenie ze strony osób, które przy odrobinie chęci (zwłaszcza chęci do nie oglądania się - choć na chwilę – na swoją religijność) by dostrzec problem – to milczenie jest tu jedną z rzeczy, która najbardziej wstrząsa. Dobitnie podkreślają ten fakt poniższe (trafiające „w punkt”) słowa jednej z wychowanek ośrodka:

„Nawet jakby miały nas zabić, to mówiliśmy prawdę. Choć to było duże ryzyko. Bo dorośli zwykle chcą słyszeć wszystko, oprócz prawdy.”

Jestem w stanie zrozumieć fakt, że ktoś „boi się wychylać” i woli milczeć aby np. nie stracić swojego stanowiska pracy – w tego typu sprawie jest to także straszne, ale niestety prawdziwe, ponieważ trudna jest tzw. „walka z systemem”, zwłaszcza gdy jest się jednostką i nie ma się po swojej stronie innych (także osób stojących wyżej – przykładem wspomniany wcześniej Rzecznik Praw Dziecka/wizytator Marian Osuch). A niestety społeczeństwo wielokrotnie pokazuje, że woli się „nie mieszać”, gdy coś się dzieje, udawać, że wszystko jest w porządku i o niczym nie wiedzą. W takich sytuacjach osobą najbardziej „poszkodowaną” jest ten, który chce (lub chciał) się "wychylić".
W tego typu sprawach nie pojmuję jednak określenia, że „to konflikt wiary” Jaki konflikt? Jakiej wiary? Co ma wspólnego czyjaś wiara/religijność do tego, by móc poddać sprawiedliwej ocenie kogoś, kto postępuje niemoralnie, nawet, jeśli tą niemoralnie złą osobą jest osoba duchowna?
Widocznie (dla niektórych ludzi), lepiej jest wierzyć, że to dzieci są winne. One są złe. Dlaczego? Bo są dziećmi z patologicznych rodzin? Tak, jak w tym fragmencie:

„Siostra Bernadetta jest miłą, delikatną osobą. A to dzieci alkoholików, narkomanów. Przecież w takim dziecku, nawet jak ma trzy lata, może tkwić diabeł.”

I można by powiedzieć, że przytoczone wyżej słowa, wypowiedział ktoś niedouczony, bądź – mówiąc ładniej - nieposiadający wystarczającej wiedzy pedagogicznej, itp. Tym bardziej więc dziwi fakt, że to słowa nauczycielki. Poprawka: nauczycielki-katoliczki. Wyznawczyni tej religii, która uczy miłości do bliźniego. Tej „jedynej, słusznej” religii potępiającej zło i gloryfikującej dobro. Absurd? Hipokryzja?

Ta możliwość refleksji oraz fakt, że książkę czyta się bardzo szybko i z dużym zainteresowaniem, to są niewątpliwie mocne atuty dla tego reportażu. Minusem jest to, że książka posiada sporą liczbę powtórzeń i haseł, z którymi czytelnik spotyka się już na początku, a później około połowy orientuje się, że oto po raz kolejny czyta o wachlowaniu prześcieradłem, wchodzeniu starszych chłopców do łóżek tych młodszych dzieci oraz biciu warzechą. To jest minus, który po pewnym czasie może zacząć denerwować.

Z uwagi jednak na istotny i bardzo ważny temat oraz na opisane powyżej plusy, oceniam książkę jako bardzo dobrą. Reportaż polecam wszystkim a zwłaszcza tym, którzy jeszcze dziś (jeśli tacy są) nie chcą uwierzyć w winę sióstr Boromeuszek (czy też ogólnie: w winę jakichkolwiek osób duchownych w innych podobnych sprawach). Bo przecież lepiej jest nie widzieć problemu, „umyć ręce”, zamknąć oczy i zasłonić się swoją religijnością, niż spojrzeć na problem i dostrzec to, co naprawdę jest złe. A potem przed samym sobą zmierzyć się z prawdą, która brzmi: „Tak, osoby duchowne też mogą wyrządzić krzywdę”.

Data przeczytania: 7-04-2016 (od: 30-03-2016)


Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

7/10          3,5/5                      7/10                         3,5/5

niedziela, 27 marca 2016

O depresji, o manii, o nawracających zaburzeniach nastroju

Książka ta jest poradnikiem, który w głównej mierze wyjaśnia czym są takie choroby jak: depresja, mania oraz choroba afektywna dwubiegunowa. Każdy z tych stanów chorobowych ma swój poświęcony tu dział i każdy jest opisany w przejrzysty, jasny sposób.
Omówiono tu czynniki (psychologiczne, biologiczne i społeczne), które prowadzą do depresji, manii i do choroby afektywnej dwubiegunowej.
Wskazano i opisano objawy tych chorób oraz metody ich leczenia - z uwzględnieniem leczenia farmakologicznego, jak i psychoterapii.

Plusem tego tytułu jest zamieszczenie historii paru osób, które służą tu jako przykład opisywanych w poradniku chorób. Na plus jest także odnoszenie się do tych przykładów w trakcie opisywania czysto klinicznych tematów. Dzięki temu czytelnik może głębiej wejrzeć w omawiany problem oraz przyjrzeć się chorobie z punktu widzenia osób, które na nią cierpią lub cierpiały w przeszłości. Może też porównać te przeżycia z opisywanymi objawami. To mocny atut tej książki.

Książkę uważam za dobrą, z uwagi na to, iż opisując treści posłużono się tu w miarę zrozumiałym językiem bez specyficznej nomenklatury medycznej, co z pewnością może być dobrą zaletą dla laików.

W poradniku tym zamieszczono także rozdział poświęcony najczęściej zadawanym pytaniom. Owe pytania wyglądają na takie, które są zadawane przez osoby cierpiące na depresję. Rozdział ten jest krótki, a odpowiedzi na niektóre pytania (według mnie mało wyczerpujące), stąd uważam, że trochę pobieżnie ten rozdział potraktowano.
Poradnik został też zapewne stworzony nie tylko dla pacjentów ale też dla osób, które chcą pomóc np. swoim bliskim w walce z depresją. Jest tu rozdział poświęcony pomocy osobom z depresją ale uważam, że jest on również trochę za krótki.
Jeden z najbardziej ważnych tematów - jakim jest ryzyko samobójstwa - został tu także potraktowany pobieżnie. Jest opisany tylko w jednym krótkim podrozdziale i wspomniany kilka razy w tekście. Jest to według mnie spory minus.
Zauważyłam też, że pod koniec książki, można spotkać się z kilkoma powtórzeniami dotyczącymi rzeczy/zagadnień, które wyjaśniono już wcześniej. Nie jest to minus gdyby czytać ten poradnik pobieżnie, ale łatwo to dostrzec jeśli przeczyta się ją w całości.

Poradnik oceniam jako niezły. Moja ocena byłaby jednak wyższa, gdyby nie parę niedociągnięć/braków. Pozostaje więc lekki niedosyt.
Uważam, że warto jest sięgnąć po ten tytuł, choć z pewnością nie zawiera on pełnych informacji, a zagadnienia - choć omówione jasno - to jednak trochę "po macoszemu". Książkę czyta się bardziej jak czyjąś pracę studencką na dany temat. Mimo to dobrze przybliża ów temat i może być dobrym początkiem przed innymi książkami dotykającymi choroby jaką jest depresja. 

Data przeczytania: 27-03-2016 (od: 19-02-2016)


Ocena 

LC            Goodreads            nakanapie.pl            booklikes.com

5/10          2,5/5                      5/10                         2,5/5

"Zbyt głośna samotnosć" (Bohumil Hrabal)

Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.

Popularne posty